poniedziałek, 29 marca 2010

Tobiasz Piątkowski - Szatan na okładce

W drugiej części wywiadu z Tobiaszem Piątkowskim o komiksach dla dzieci, Hardkorze i rozgrzebanych projektach. Na deser suta porcja skryptów i storyboardów.

Możesz opowiedzieć coś więcej o specyfice pracy nad komiksami dla dzieci?  

TOBIASZ PIĄTKOWSKI: Jak widać ze storyboardów do komiksów Hugo nie ma różnicy w nakładzie pracy. Od pewnego czasu przyzwyczaiłem się do układu planszy "na 3 paski". Wydaje mi się, że takie zagęszczenie akcji jest strawne również dla młodszego odbiorcy. Najistotniejsze jest jasne powiązanie zdarzeń, choć nie wyklucza to inwersji czasowej, czy innych tego typu zabiegów. Ważne, by korzystając z didaskaliów "naprowadzić" czytelnika i nie pozwolić mu się zgubić. Pamiętam, że przy Hugo (łącznie powstało chyba ponad 240 stron komiksu drukowanego w miesięczniku Świat przygód Hugo) szczególną radość sprawiały mi gry słowne i popkulturowe wkręty. Teraz "kiedy sam jestem dziadkiem" i czytam córce na dobranoc bardzo doceniam tych autorów, którzy pamiętają o zapewnieniu rozrywki również "czytaczowi".



Hugo - scenariusz i storyboard

Czy religijna tematyka stanowiła jakąś trudność w kontekście "Opowieści biblijnych" z Mandragory? Wcześniej stroiłeś sobie żarty z Obcego i Predatora, a tu nagle Jezus…

Trudność stanowiły terminy, nie tematyka. W samym rdzeniu pracy Opowieści nie różniły się od innych komiksów, a nawet były łatwiejsze. Po pierwsze wymyślić żart to nie lada problem, po drugie pracując z gotowym tekstem można włożyć więcej inwencji w warstwę narracyjną, w opracowanie ciekawego sposobu podawania zdarzeń. Opowieści miały wielką zaletę w postaci znanego każdemu tekstu-matki. Mogłem spróbować pokazywać to, co wszyscy znają na wylot w sposób nieszablonowy. Odcinek z Szatanem na okładce (Szatan na okładce nigdy nie zawodzi - wie o tym każdy zespół metalowy) stanowi tego dobry przykład - jak ciekawie pokazać kuszenie na pustyni? Jak to zrobić nawiązując do współczesnych symboli i sposobów komunikacji? W sumie żałuję, że projekt nie został ukończony.

Czy są szanse na kontynuacje serii "48 stron" lub "Status 7"?

Kontynuacja 48miu robi się już ze 2 lata. W praktyce oznacza to, że mamy narysowane kilka stron, kilka napisane, kilka obgadane, a końca tego wszystkiego nie widać. Obawiam się, że musielibyśmy z Robertem wziąć po 3 miesiące urlopu żeby ruszyć te kwestie na poważnie. A do tego w tle jeszcze drugi tom Pierwszej Brygady...



Pierwsza Brygada - plansza (rys. Janusz Wyrzykowski) i scenariusz/storyboard

Kreowanie komiksowych odpowiedników celebrytów Wojewódzkiego i Figurskiego w "Najczwartszej RP" było wyzwaniem? Czy któryś z nich sprawdzał, czy aby jego riposty stoją na odpowiednim poziomie?

Znów odwołam się do storyboardu - mam nadzieję, że widać, że całość była solidnie przygotowana. Szczegóły były dopracowane, harmonogramy ścisłe. Co do gwiazd to mogę jedynie powiedzieć, że nie przeszkadzały. Niestety PiS zrobił nam paskudny numer i przegrał wybory, przez co zamiast undergroundowego pamfletu wyszło nam nostalgiczne wzdychanie do trupa. Szkoda - miałem nadzieję w drugim tomie przejechać się po Platformie, tym bardziej, że mamy okazję na własnej skórze spróbować jak to jest żyć w raju.






Najczwartsza RP - Antylista Prezerwatora - storyboard

Na początku dekady powstało dużo komiksów do Twoich scenariuszy, od kilku lat publikujesz coraz rzadziej. Praca wygrała z hobby?

Niestety tak. Kiedy publikowaliśmy pierwsze 2 albumy mieliśmy z Robertem pomysł, by założyć małe studio komiksowe, regularnie publikować serie komiksowe i z tego się utrzymywać. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te porywy ułańskie. Ilość pracy, jaką trzeba włożyć w powstanie albumu wymaga opieki znającego się na rzeczy, konsekwentnego wydawcy. Wydaje się, zwłaszcza patrząc na półki księgarni, że obecnie nie ma na rynku możliwości budowania tego typu projektu. Pozostają więc pojedyncze strzały, inne media, albo emerytura :)

Z Twojego bio na Gildii Komiksu można dowiedzieć się, że pracujesz jako conceptual designer. Czyli w gruncie rzeczy co robisz - wymyślasz?

Zapraszam na stronę www.elksushi.blogspot.com oraz www.rosenbot.pl. Tam można zobaczyć, co robiłem/robię zawodowo. Mam na koncie 2 książki z labiryntami, grę komputerową o żądnych władzy pingwinach, czołówki do Szymona Majewskiego, teledysk Maryli Rodowicz, a i piankę do cappuchino zdarzyło mi sie doklejać. Projektowałem świat marzeń sennych wielkiej Owcy i znerwicowane lampki biurkowe oraz miasta pełne zabieganych cyferek czy wnętrza do potańcówki przy bezalkoholowym szampanie. Postacie, tła, pojazdy, budynki, scenariusze do czołówek programów...

Rysujesz. Myślałeś nad komiksem z własnym scenariuszem i rysunkami?

Tak, to wspomniany projekt dziecięcy. Pomimo znaczącej poprawy widzę dużą lukę na rynku historyjek obrazkowych dla dzieci. Pojawiło się kilka ambitnych wydawnictw, ale to kropla w morzu potrzeb. Wystarczy popatrzeć na przepaść między "Where the Wild Thigs are", a stertami przepaskudnych, Andersenopodobnych koszmarków czy Disneyoklonów zalegających na półkach księgarń. Nie musimy być graficznym śmietnikiem, o ile dzieci wcześnie dostaną wartościowe wzory.

Na jakim etapie znajdują się prace nad filmem „Hardkor 44”? Scenariusz jest już pewnie gotowy.

Scenariusz, owszem, przybrał kształt zbliżony do ostatecznego. W związku z tym nasza (czyli Łukasza Orbitowskiego i moja) rola skończona i możemy zająć sie innymi projektami. A że dobrze nam sie pracowało, to i w tle powstała całkiem śmiała koncepcja pożenienia rosyjskiego romansu ze sztuką filmową spod znaku George'a A. Romero. Więcej szczegółów oczywiście nie zdradzę...




Zdrada - storyboard i dwie plansze (5 i 8, pogrubione na storyboardzie), rys. Przemysław Truściński

That's all folks, dziekujemy Tobiaszowi. W następnym odcinku - Dominik Szcześniak.

środa, 10 marca 2010

Tobiasz Piątkowski - jazda obowiązkowa

TOBIASZ PIĄTKOWSKI (rocznik ’79) jest absolwentem Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. To scenarzysta m.in. serii „Status 7”, „48 stron” i „Rezydenta”( z rysunkami Roberta Adlera), albumu „Najczwartsza RP” (z Przemysławem Truścińskim), serii „Pierwsza Brygada” (z Januszem Wyrzykowskim i Krzysztofem Janiczem) oraz komiksów i magazynów dziecięcych. Jego komiksy w Resecie były pierwszą rzeczą, na jaką zwracało się uwagę po zakupie magazynu. 

Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?  

TOBIASZ PIĄTKOWSKI: Zaczęło się w szkole średniej - trafiłem do klasy plastycznej, gdzie wśród innych utalentowanych osób znalazł się również Robert Adler - obecnie jeden z najlepszych rysowników komiksowych w Polsce. Komiksami interesowałem się od dzieciństwa, w kioskach pojawiały się coraz ciekawsze wydawnictwa zachodnie, mieliśmy wiele pomysłów do zrealizowania. Komiks najlepiej się do tego nadawał - stosunkowo prostymi środkami można w nim kreować światy rozmachem dorównujące filmowym, operować obrazem, słowem, rytmem i kompozycją plansz. Spróbowaliśmy, potem trafiliśmy do miesięcznika Reset, gdzie pozwolono nam szaleć do woli i na dodatek płacono za efekty. Chwilę później okazało się, że mamy 2 pełnometrażowe albumy...

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.  

Zupełnie nie wiem, co odpowiedzieć. Oprócz religijnej czci dla Mike'a Mignoli i Andreasa mógłbym wymienić setki inspiracji. Właściwie wszystko potrafi zainspirować - od artykułu w Europie, przez fatalny niskobudżetowy film sci-fi w środku nocy, po któryś z dziesiątków blogów o kinie grozy lat 60-tych. Od strony technicznej najwięcej czerpię z kina - nie na darmo storyboardy do filmów mają formę komiksową. Kino uczy operować kadrem, opowiadać sprawnie historię, dozować napięcie, panować nad wątkami itp.

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?  

Rork Andreasa, Hellboy Mike'a Mignoli, BLAME Tsutomu Nihei.

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?

Niestety, nie pamiętam. Od pewnego momentu ilość stron, które napisałem, zaczęła iść w setki i przysypały one zapewne marne początki.

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?

Nie wspierałem się teorią, szukałem swoich pomysłów na opowiadanie historii. Zasady poznałem, kiedy już wszystkie złe nawyki były zbyt silne, żeby je zwalczyć. Choć uważam się za tradycjonalistę i w scenariuszu zawsze staram się dbać o rzetelność konstrukcji i podania fabuły.

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.

Nie wiem właściwie jakie są niespecyficzne - ja zaczynam zawsze od podziału na rozkładówki, potem w ramach planszy robię proste storyboardowe szkice kadrów - gdzie kto stoi, gdzie jest kamera, z której strony coś się pojawia. Nie jest to zobowiązujące dla rysowników, ale znacząco pomaga, oraz ułatwia najnudniejszą dla mnie część pracy, czyli opisywanie kadrów. Potem dialogi i gotowe - można wysyłać. W miarę jak się starzeję, zmienia się moje podejście do tekstu w komiksie. Kiedyś uważałem, że powinno go być jak najwięcej, część literacka dominowała nad graficzną. Prawdopodobnie było to związane z jakimś pisarskim niespełnieniem. Teraz zaczynam wręcz unikać dialogów, rezygnuję ze stylizacji języka, oczyszczam formę, badam ile można przekazać samym ujęciem, detalem, scenografią.

Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?

Często pracuje na zlecenie, robię rzeczy dla dzieci, na licencji itp. Wtedy się ograniczam, staram się ciekawie opowiedzieć historie w ramach potrzeb klienta. W komiksach autorskich dość często operuję parą bohaterów. Kontrastowe zestawienie postaci jest zawsze atrakcyjne i pomaga określać świat z odmiennych perspektyw.

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?

O metodzie pracy już pisałem. Mogę jedynie dodać, że zależy ona również od sytuacji. Z Robertem pisaliśmy komiksy razem, od razu na planszy, w rozmowie dopracowując dialogi. Kiedy nie mam bezpośredniego kontaktu z rysownikiem muszę planować precyzyjniej.

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?

Zawsze muszę znać cel opowiadanej historii, puenta określa sposób prowadzenia wątków. Zazwyczaj plan ogólny mam w głowie, kiedy siadam do rozrysowywania plansz.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach?  

Nie lubię rzeczy źle opowiedzianych. Jeśli sama historia nie jest błyskotliwa, ale zaprezentowano ją sprawnie mogę wiele wybaczyć. Nie lubię też bezmyślnego okrucieństwa, choć w sumie wysłałem na tamten świat dziesiątki postaci. Niestety, często wpadają mi w ręce komiksy, w których znęcanie się nad bohaterami stanowi temat sam w sobie, nie służy niczemu.

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?

Mój rekord to 22 strony w półtora dnia, ale miałem wcześniej przygotowany storyboard i żona podawała mi napoje regeneracyjne. Nie powiem co to był za komiks. Kłopoty mam wtedy, kiedy storyboard jest gotowy, historia jest poukładana, a ja muszę usiąść i przelać to, co mam w głowie, na zrozumiałe opisy - to dość mechaniczna robota.

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?

Najlepsza metoda to odpuścić i pozwolić, by termin przybliżył się niebezpiecznie - to niezwykle mobilizuje i jakoś wszystko magicznie układa się na miejscu. Kosztem są zazwyczaj niedospanie i nerwowość.

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?

Nie wracam do zamkniętych projektów. Nie wtrącam się przesadnie do realizacji, uznaję, że rysownik ma prawo do interpretacji mojej pracy na swój sposób. Dla mnie najważniejsza jest świadomość, że na poziomie scenariusza zrobiłem wszystko jak najlepiej oraz, że w jakiś sposób jest to oryginalne na tle poprzednich realizacji. Podobno Lars von Trier pozwala producentom robić wszystko ze swoimi filmami, o ile ma gwarancję otrzymania jednej kopii w wersji reżyserskiej. Rozumiem go chyba.

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?

Kariera to duże słowo. Najmilej chyba wspominam pierwszy wyjazd na festiwal do Łodzi, jeszcze w ogólniaku. Oglądaliśmy wtedy wystawę plansz Przemka Truścińskiego - był dla nas gwiazdą. Teraz, po ponad dekadzie, robię z Przemkiem trzeci komiks...

Jakie masz plany na przyszłość?

Drugi tom Pierwszej brygady, mam nadzieję, realizacja projektu Hardkor44 i może wreszcie uda mi się napisać i zilustrować książkę dla dzieci. Córka będzie dobrym recenzentem.

Brakujące ilustracje do tekstu pojawią się wkrótce. 

Jeśli macie jakieś pytania do Tobiasza, zadajcie je w komentarzach. 

niedziela, 28 lutego 2010

Rafał Skarżycki - rozwijanie skrzydeł

W drugiej części wywiadu z Rafałem Skarżyckim rozmawiamy o filmowym debiucie Jeża Jerzego, Tymku i Mistrzu i książkach.

W początkach swojej kariery Jeż był zinowym kontrkulturowcem, pokazującym dumnie fucka różnej maści fanatykom i debilom. Teraz albumy z Jeżem wydawane są w stałym cyklu, w twardych okładkach, kolczasty jest maskotką MFKiG i czeka go występ w filmie. Czy Jerzy zaprzedał się Babilonowi? 

RAFAŁ SKARŻYCKI: Bynajmniej. Po prostu rozwinął skrzydła. Seria powstała w połowie lat 90. – nie były to najłaskawsze czasy dla polskich autorów i fanzin był nie tyle wyborem, co koniecznością, jeśli miało się ochotę pokazać swoją twórczość. Stąd debiut Jeża w… szkolnej gazetce „Frytki”. Później była propozycja publikacji w „Kelvinie i Celsjuszu” – podpisaliśmy umowę na siedemnaście odcinków, ale przed ukazaniem się pierwszego magazyn padł. Z gotowym materiałem zaczęliśmy z Tomkiem szukać miejsca dla Jerzego i znaleźliśmy go w „Świerszczyku” i „Ślizgu”. Wersji świerszczykowej nie nazwałbym kontrkulturową (fucki też tam raczej w grę nie wchodziły), więc początki wcale nie były takie alternatywne. Na pewno na charakter serii i to, że ostatecznie postawiliśmy na „dorosłą” wersję jeża, miała wpływ moja i Tomka fascynacja ostrymi, undergroundowymi produkcjami (np. „Zakazany owoc”, „Celynka”).

Świat Jeża Jerzego jest tak bogaty, że możesz pisać o nim w nieskończoność. Czy przez głowę przeszła Ci możliwość zakończenia tego cyklu, czy też póki będą czytelnicy, póty Jeż wciąż będzie się pakował w kłopoty?

Myśl o zakończeniu cyklu przeszła mi przez głowę kilka razy. Pierwszy raz po napisaniu owych siedemnastu scenariuszy dla „Kelvina i Celsjusza”. Od tamtej pory okresowo powraca. Podejrzewam, że za którymś razem pozostanie – to będzie oznaczało koniec serii, niezależnie od jej popularności.

Czy sukces przygód Jerzego, którego powołaliście z Tomkiem Leśniakiem do życia w liceum, wpłynął na taki, a nie inny tok Twojej zawodowej kariery? 

Na pewno tak – bez jeża nie byłoby „Tymka i Mistrza” i wielu innych komiksów naszego autorstwa. Z pewnością, gdyby nie Jerzy, to w ogóle nie zajmowałbym się pisaniem scenariuszy komiksowych – wcześniej pisanie kojarzyło mi się wyłącznie z literaturą (pisałem opowiadania i inne teksty, głównie do szuflady, ale nie scenariusze).

Ostatni występ Tymka i Mistrza miał miejsce w Komiksowym Becikowym. Masz jakieś plany odnośnie tej serii, czy odstawiłeś ją na boczny tor? 

„Tymek i Mistrz” liczy obecnie ponad 200 epizodów, co daje ponad 400 plansz komiksu. W całości dysponujemy prawami autorskimi do tego materiału, w związku z czym gdyby tylko znalazł się wydawca zainteresowany tym tytułem, to mamy gotowy materiał na kilka najbliższych lat. Z tego powodu nie widzę sensu pisaniu kolejnych scenariuszy „Tymka”. Na pewno, z różnych powodów, nie robimy z Tomkiem wszystkiego, co w naszej mocy, żeby wznowić publikację tej serii – można więc powiedzieć, że „Tymek i Mistrz” nie jest obecnie na naszej liście twórczych priorytetów. Nie jest też powiedziane, że tak pozostanie na zawsze.

Czy możesz jakoś porównać doświadczenia z pisania książki i pisania komiksu? Co sprawia Ci większą frajdę?

Pisanie nie często jest frajdą. Zazwyczaj to zajęcie frustrujące (zwykle z tego powodu, że pomysł wydaje się dużo lepszy, niż jego realizacja – to dlatego nie napisane książki i nie narysowane komiksy są najlepsze).

Pisząc scenariusz trzeba pamiętać, że słowa są tylko wskazówką, szkicem, punktem wyjścia do pracy rysownika, bądź ekipy filmowej. Scenariusz to tekst techniczny, instruktażowy – coś na kształt przepisu w książce kucharskiej – scenarzysta sugeruje proporcje, przyprawy, sposób przyrządzenia i obiecuje pewien rodzaj wrażeń smakowych. W przypadku prozy słowa są wszystkim – powieściopisarz nie ma innego sposobu oddziaływania na czytelnika. W dodatku jest całkowicie odpowiedzialny za to, czy wyjdzie mu zakalec, czy smakowite ciasto.

Nie wiem, jak inni, ale ja lubię pisać zarówno scenariusze, jak i prozę.

Jak wygląda Twój udział w pracach nad filmem o Jerzym? Napisałeś scenariusz, a potem zostawiłeś wszystko ekipie, czy wciąż nadzorujesz produkcję? 

Napisany scenariusz to początek pracy nad filmem. W przypadku animacji scenariusz jest niezwykle istotny – w naszych warunkach produkcyjnych nie możemy liczyć na to, że w razie potrzeby zrobimy szybko parę „dokrętek” (animacja dodatkowej sceny to kilka tygodni pracy). Dlatego zanim animatorzy przystąpili do pracy, wspólnie z reżyserami filmu bardzo dokładnie analizowaliśmy scenariusz i przekładaliśmy go najpierw na storyboard, a potem animatik – na tym etapie podejmowaliśmy wspólnie wiele decyzji, które trudno podzielić ze względu na role typu: scenarzysta, reżyser. Po prostu działaliśmy w zespole zastanawiając się, jak najlepiej przełożyć mój tekst na film. Kiedy wszystko mieliśmy ustalone, rozpoczęła się właściwa faza produkcji filmu, która wciąż trwa. Na początek aktorzy nagrali swoje kwestie, a potem animatorzy przystąpili do pracy. Na tym etapie to reżyserzy podejmują decyzje – miłe z ich strony jest to, że przy ważnych zmianach pytają mnie o zdanie i wspólnie ustalamy, co robić (w praktyce filmowej scenarzyści raczej nie mogą liczyć na taki luksus). Od czasu do czasu oglądam kolejne partie filmu i dzielę się swoimi wrażeniami. Poza tym jestem w stałym kontakcie z Tomkiem i temat filmu często pojawia się w naszych rozmowach. Oprócz tego jestem w kontakcie z producentem filmu – ostatnio coraz częściej rozmawiamy o promocji i dystrybucji „Jeża Jerzego”.

Prócz książki masz na koncie również scenariusze filmowe. Czy to właśnie na działalności literacko-filmowej zamierzasz się teraz skupić?

Na pewno film i literatura stanowią dla mnie większe wyzwanie – albumów komiksowych wydałem około dwudziestu, publikacji w prasie nie jestem w stanie podliczyć. W tej chwili kończę prace nad swoją drugą powieścią. Po głowie chodzą mi pomysły na scenariusze filmowe. Chciałbym też namówić Tomka na zrobienie premierowego komiksu z Jeżem na październik, ale to będzie bardzo trudne. Prawdę mówiąc, interesuje mnie opowiadanie ciekawych historii – nie jest dla mnie najważniejsze, czy formie filmu, komiksu, czy książki.

Jeżeli miałbyś z kimś stworzyć komiks, obojętnie czy byłby to scenarzysta czy rysownik, kto by to był? (autor: Kubidło)

Sporo nazwisk przychodzi mi do głowy. Lista marzeń mogłaby wyglądać np. tak: Jakub Rebelka, Ernesto Gonzales, Przemek Truściński, Śledziu, KRL, Piotrek Kowalski, Tomek Piorunowski, Krzysiek Ostrowski, Tadeusz Baranowski, bracia Minkiewicze, Tomek Niewiadomski, Neil Gaiman, Dave McKean, Mike Mignola, Robert Crumb, Joan Sfar, Milo Manara…

Skąd pomysł na Jeża? (autor: Kubidło)

Ze studni nieświadomości. Jak wszystkie pomysły.

Czy wiadomo ile lat ma Jerzy? I czy jeże lata przeliczają się jakoś na ludzkie? 

Jeż urodził się w 1993 roku – w przyszłym roku osiągnie więc pełnoletniość. Jak na jeża jest prawdziwym matuzalemem – jeże żyją 8, 10 lat…

Dziękujemy Rafałowi Skarżyckiemu! W następnym odcinku - Tobiasz Piątkowski!

niedziela, 7 lutego 2010

Rafał Skarżycki - jazda obowiązkowa

RAFAŁ SKARŻYCKI na swoim blogu pisze o sobie tak: "filozof, scenarzysta, pisarz. Współtwórca publikowanych w kraju i za granicą serii komiksowych "Jeż Jerzy", "Tymek & Mistrz". Laureat Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu komiksu w Łodzi. Autor scenariusza pełnometrażowego filmu kinowego "Jeż Jerzy", a także scenariusza komedii "Złe nowiny", wyróżnionego przez jury pod przewodnictwem Petra Zelenki na Międzynarodowym Festiwalu Scenarzystów Interscenario 2008. Należy do Koła Scenarzystów Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Publikował opowiadania w pismach literackich ("Fraza", "Quriozum"), oraz teksty w magazynach dziecięcych ("Świerszczyk", "Miś"). Omówienie jego twórczości znalazło się w słowniku młodej polskiej kultury pod redakcją Piotra Mareckiego "Tekstylia Bis" (Kraków 2006). Przez wiele lat trenował Aikido. Żona, dwie córki, zwierzę (chyba pies). Lubi kawę. Uzależniony od czytania. Pisze nocą." Pozostaje mi chyba tylko dodać, że niedawno ukazała się jego debiutancka powieść "Teleznowela".

Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych?

RAFAŁ SKARŻYCKI: Przypuszczalnie tak jak większość, zetknąłem się z komiksem jako dziecko. Czytanie komiksów było dla mnie tak samo naturalne, jak czytanie książek. Dość wcześnie poczułem też potrzebę tworzenia historii podobnych do tych, które czytałem – tyle, że na polu komiksowym natknąłem się na poważną przeszkodę: nie umiem rysować…. Tę przeszkodę udało mi się pokonać dopiero w liceum – tam spotkałem Tomka Leśniaka, który potrafił rysować, ale miał problem z wymyślaniem historii. W naturalny sposób połączyliśmy siły i tak zaczęła się moja przygoda z pisaniem scenariuszy komiksowych (przy czym nie zrezygnowałem z innej aktywności pisarskiej).

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych.

Za długo by wymieniać – tym bardziej, że z większości wpływów zapewne nie zdaję sobie nawet sprawy. Jeżeli chodzi o komiks, to na pewno dużo zawdzięczam Tadeuszowi Baranowskiemu, Papciowi Chmielowi i Januszowi Chriście.

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie?

Nie budzę się w nocy.



Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?

Pamiętam pierwszy scenariusz, który napisałem (a dokładniej: narysowałem) dla Tomka. Był o walce Jeża Jerzego ze smokiem. Z perspektywy czasu nie podoba się ani trochę.

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?

Pierwsze scenariusze rysowałem. To był absolutny żywioł. Nawet nie wpadło mi do głowy, żeby szukać jakichś teoretycznych ram (z tego co wiem, nie ma żadnych podręczników pisania scenariuszy komiksowych). Po prostu rysowałem komiks tak, jak umiałem, a Tomek to potem przerysowywał. Ponieważ było to dla mnie strasznie męczące, w pewnym momencie zamiast rysować zacząłem wyłącznie pisać. Forma narzuciła się sama – wynikała po prostu z potrzeb moich i rysownika.

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.

Nie potrafię wyróżnić jednego modelu pracy. W zależności od projektu, nastroju, oporu tekstu i tym podobnych, stosuję różne podejścia. Mam silne przekonanie, że metoda jest czymś skrajnie indywidualnym i nie ma większego znaczenia – i tak rozliczani jesteśmy za efekt końcowy, a nie za to, że pisząc np. stoimy na głowie (jeśli to komuś pomaga pisać dobre scenariusze, niech sobie stoi). W najbardziej ogólny sposób mogę wskazać trzy fazy pracy obecne niezależnie od innych metod. Pierwsza to tworzenie. Druga to czytanie, tego co się napisało. Trzecia poprawianie – czyli znowu tworzenie. Szczególnie mocno trzeba się zaprzyjaźnić z fazą numer dwa i trzy.

Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?

To pytanie do teoretyka.

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?

Najczęściej rozpisuję historię na kadry – oczywiście, ze świadomością, że ostateczna decyzja co do kadrowania należy do rysownika. Dzięki temu łatwiej zapanować nad objętością, wyobrażeniem sobie gotowej strony.

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?

Trudno o regułę. Można powiedzieć, że moją regułą w tej sprawie jest brak reguły. Po prostu podążam za tym, co mi w danym momencie dyktuje intuicja.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach?

Wszystko zależy od tego, jak dane rozwiązanie zostało zastosowane w konkretnej historii. Nawet najbardziej banalny, zgrany chwyt może okazać się świeży i atrakcyjny.

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?

Nie traktuję pisania w kategoriach sportowych – najszybciej, najdłużej pisany tekst. Podobnie jak ostatecznie nie ma znaczenia, czy podczas pisania stało się na głowie, tak samo nie ma znaczenia ile czasu zajęła praca nad tekstem. Raz będzie to krócej, raz dłużej. Na pewno, jeżeli ktoś wiąże ze swoim pisaniem jakieś plany finansowe, rozeznanie ile czasu potrzeba mu średnio na napisanie scenariusza, pozwala uniknąć wielu rozczarowań i frustracji. Niezależnie od tego, największym koszmarem każdego autora jest wizja, że kiedyś usiądzie do pisania, a kartka pozostanie pusta.



Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?

Spacer, kino, film, książka, komiks, rozmowa, kawiarnia, seks, alkohol, spotkanie ze znajomymi, kłótnia, bójka, pisanie brzydkich wyrazów, szachy, internet – zalecane jest eksperymentowanie z kolejnością. W ostateczności pytam o zdanie swojego psa – on ma zawsze jakiś pomysł.

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?

Zawsze można coś poprawić – sztuką jest rozpoznać moment, w którym kolejne poprawki niewiele wnoszą. Mam wrażenie, że umiem ten moment rozpoznać – pomocą służą tu rysownicy, wydawcy. W praktyce zmiany w scenariuszu kończą się po oddaniu komiksu do druku. Potem można sobie ewentualnie zaplanować poprawki do kolejnego wydania (tak było w przypadku "Jeża Jerzego. Egzorcysty" – wersja opublikowana w Ślizgu różni się znacznie od tej, która wyszła potem w wydaniu albumowym).

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?

Jestem zbyt młodym twórcą, żebym mógł wspominać okresy w karierze. Cieszę się tym, co mam w tej chwili – prawie w tym samym momencie ukazał się nowy album Jeża Jerzego i moja debiutancka powieść "Teleznowela", do tego film "Jeż Jerzy" do mojego scenariusza wchodzi w końcową fazę produkcji.

Jakie masz plany na przyszłość?

Ambitne.

Tyle jazdy obowiązkowej. Następnym razem będzie luźniej. Jeśli macie jakieś pytania do Rafała, zadajcie je w komentarzach.