poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Bartosz Sztybor - jazda obowiązkowa

Bartosz Sztybor - Warszawiak; dziennikarz, publicysta, krytyk filmowy i komiksowy, scenarzysta komiksowy. Wielokrotny laureat konkursu na krótką formę komiksową na MFK. Publikował m.in. w pismach Ozon, Wprost, Esensja, Chichot, Machina, Cinema, periodykach komiksowych i zinach (wiki). Jeden z założycieli magazynu Karton.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych? 

BARTOSZ SZTYBOR: Pchnęło mnie buńczuczne przekonanie, że skoro inni potrafią, to czemu i ja miałbym nie spróbować. Przed pisaniem scenariuszy komiksowych pisałem fabuły filmowe. Były to krótkie metraże, oczywiście niezależne, tudzież amatorskie. W pewnym momencie powiedziałem sobie dość, bo nigdy nie miałem wystarczających pieniędzy, by zrealizować to, co sobie wyobraziłem. Jednocześnie powróciłem do czytania komiksów (w swoim życiu miałem takie trzy lata komiksowej hibernacji) i zobaczyłem, że przecież też mógłbym spróbować stworzyć fabułę historii obrazkowej. I po prostu zacząłem pisać, a chwilę później szukać, kto mógłby to narysować.

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych. 

Ciężko powiedzieć, bo jest wielu twórców, u których zainspirował mnie jeden komiks, jedna postać czy nawet jedno zdanie. Staram się nawet z największego komiksowego, filmowego czy książkowego gówna brać coś dla siebie, wyciągać jakiś fajny drobiazg, który może mnie zainspirować. Co do artystów, których uwielbiam za całokształt, to jest ich kilku. Z komiksu lubię Bendisa, Moore’a czy Aarona (jeśli chodzi o scenarzystów) oraz Lemire’a, Tominego, Ware’a czy Hornschemeiera (jeśli chodzi o tych samowystarczalnych). W książce cenię Bukowskiego, Topora i McCarthy’ego, a w filmie... nie no... ogromnie dużo tego jest. Nie tylko w filmie, ci wszyscy wymienieni powyżej to tylko ułamek.  

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie? 

Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo jak wymienię trzy, to będę później czuł, że zraniłem uczucia kolejnych dziesięciu rewelacyjnych komiksów. 

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?

Konkurs paskowy na WRAKu. Scenariusz dla Macieja Pałki na temat „kwadrat”. Do tej pory mnie bawi (może dlatego, że jest tam podtekst erotyczny i słowo „pytong”). Jestem z niego autentycznie dumny. 

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?

Zależy, co rozumiesz przez zwrot „intuicyjnie”? Bo tak, owszem, nigdy nie korzystałem z książek z wiedzą teoretyczną, więc zapis był intuicyjny. Później zobaczyłem oryginalne scenariusze zagranicznych twórców i okazało się, że moje przeczucia mnie nie zawiodły. Ale też zawsze miałem świadomość – zaczerpniętą z przeczytanych komiksów – jak należy tworzyć fabułę czy budować postaci. Tak więc przy tworzeniu fabuły, intuicja dotyczy w moim przypadku już czegoś innego.

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.

Tak naprawdę, to najpierw siedzę i czekam. Pomysły natchnione, które nagle pojawiają się w głowie, są najlepsze. Wtedy należy im dać chwilę czasu, by zaczęły pączkować, a jak już nabiorą odpowiednich kształtów, to można je zacząć spisywać. I wtedy zaczyna się myślenie o linii fabularnej i jej szlifowanie, później opisywanie poszczególnych stron i w końcu kadrów. Od ogółu do szczegółu. A wtedy storyboard, który pokazuje czy to, co było w głowie i w zdaniach, broni się także w rysunku i kompozycji. I wtedy odwrotnie, od szczegółu do ogółu. Po skończeniu rysowania wszystko przepisuję na komputer, gdzie wprowadzam już drobne poprawki, głównie w dialogach. 

Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?

Mam ale przecież nie będę się odsłaniał. W paru komiksach pozostawiałem smaczki, dla potomnych. 

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?

Piszę szczegółowe scenariusze, choć wiem, że paru rysowników woli teksy w formie opowiadań, bądź krótkich opisów z dialogami. Storyboard też robię, żeby odpowiednio rozmieścić akcenty całej fabuły i zadbać o kompozycję każdej ze stron. Ale rzadko pokazuję je rysownikom, staram się wszystko dokładnie opisać w scenariuszu. 

Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?

Planowanie całej historii w głowie działa tylko przy paskach czy krótkich formach, albo albumach opartych na strumieniu myśli, świadomości. W innych przypadkach całościowy plan jest konieczny, bo historia musi mieć odpowiednią budowę, tempo, zwroty akcji, napięcie. Od razu widać, czy ktoś przemyślał historię, czy „pozwolił jej żyć”. Scenariusz sypie się po paru stronach. 

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach? 

No jest parę takich rozwiązań, ale to zależy też od tego jak się ich użyje. Bo nie tylko bohater budzący się na ostatniej stronie, ale również, że bohater sobie wszystko wymyślił, że jest pierdolnięty, że zmarł albo że sobie sam autor wszystko wymyślił (autotematyzm jest straszliwie nadużywany). I te wszystkie rozwiązania są żałosne, gdy widać, że twórca popierdolił w fabule, sam nie potrafi z tego wybrnąć i wtedy stawia na końcu takiego żenującego kloca. Jeśli takie zagranie jest wytłumaczeniem braku logiki i braku talentu artysty, to mówię nie. No ale można to też cudnie ograć, co pokazał Nolan w „Incepcji”, Shyamalan w „Szóstym zmyśle” czy Scorsese w „Wyspie tajemnic”. Ten pierwszy oparł cały film na motywie bohatera budzącego się na ostatniej stronie, ten drugi wyreżyserował wszystko tak, że śmierć bohatera nie przechodzi odbiorcy przez myśl, a ten trzeci niby zakończył wszystko takim kiksem, ale dodał do tego rewelacyjną wymianę zdań, puentę, która odwraca wszystko o 180 stopni.  

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?

Ciężko mi się w to jakoś zagłębiać, bo też ciężko dokładnie wyliczyć ile czasu się nad czymś spędza, gdy robi się to w wolnych chwilach. Ale jeśli wziąłbym po prostu punkt startu i metę (bez sumowania tych wolnych chwil), to jeden długi scenariusz napisałem w tydzień, a nad drugim siedziałem przez dwa i pół roku.

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?

Jedno, to po prostu czekanie na natchnienie, bez stresów. Drugie, to patrzenie na plansze i grafiki rysowników, z którymi mam zrobić komiks (bardzo mnie to inspiruje). Trzecie, to – ale tylko w wypadku, gdy komiks ma powstać na zadany temat – czytanie w internecie wszystkiego, co dotyczy tego słowa, pojęcia, tematu. No i w końcu czwarte, to oglądanie filmów (czasami też czytanie książek i komiksów), które mają zbliżoną atmosferę do tego, co chcę napisać. Chcę napisać czarny kryminał, to oglądam „Sokoła Maltańskiego”, chcę absurdalną komedię, to włączam „Strzelając śmiechem”, a gdy planuję slasher, to włączam sobie „Krzyk”. 

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?

Przez pojęcie „gotowy scenariusz” rozumiem scenariusz do zrealizowanego już komiksu. 

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?

Kurczę, cały czas jest fajnie. 

Jakie masz plany na przyszłość? 

Nie lubię rzucać słów na wiatr, więc zobaczymy, co czas przyniesie. 

Pytania do Bartka, anyone?

niedziela, 8 sierpnia 2010

Zmiany!

W sierpniu Wywiadówka łączy siły z Kolorowymi Zeszytami! Od tej pory nowe wywiady będą pojawiały się na obu stronach, znajdzie się też miejsce dla kilku przedruków, które wylądują na Kolorowych. Plansze komiksów z fragmentami scenariuszy nie będą wędrować - pozostaną domeną Wywiadówki. Enjoy!

czwartek, 15 lipca 2010

Dennis Wojda - przygoda na rok lub dwa

W drugiej części rozmowy z Dennisem o ciepłych lodach, niemieckim ekspresjonizmie i projektach na półce.

Przez blisko dwadzieścia lat mieszkałeś w Szwecji, dopiero później przeprowadziłeś się do Polski. Jak tuż po przeprowadzce postrzegałeś Polaków? Jakie różnice w mentalności Szwedów i Polaków zaskoczyły Cię najbardziej?

DENNIS WOJDA: Ja już wcześniej Polskę i Warszawę poznałem. Często tu przyjeżdżałem w dzieciństwie, do rodziny albo na wakacje. Różnicę pomiędzy wolną Szwecją a komunistyczną Polską widziałem na własne oczy. Różnica w mentalności też była. Jednak najważniejsze wtedy było to, że przyjeżdżam do dziadków i kuzynów. Wchłaniałem wtedy fajne strony PRL'u; piłem soki z torebek, jadłem ciepłe lody, żułem Donaldy, zwiedzałem Pałac Kultury i Żelazową Wolę. Fajne było to, że wszystko było tutaj tanie w porównaniu z Zachodem. Chodziłem do Europejskiego i Victorii na gigantyczne desery lodowe, kupowałem płyty winylowe i książki na kopę. Jak już się przeprowadziłem do Warszawy, by rozpocząć studia na ASP, traktowałem to jak przygodę na rok lub dwa. Potem poznałem miłość swojego życia i... zostałem!


W Mikropolis zgrabnie punktujesz ludzkie dziwactwa i śmiesznostki, pozostając przy tym chłodny i zdystansowany. Podwójne obywatelstwo zmienia sposób postrzegania?

Ja tak naprawdę nie mam podwójnego obywatelstwa. Ale fakt, że wychowały mnie dwa narody o różnych temperamentach i mentalnościach z pewnością ułatwia wymyślanie komiksów takich jak Mikropolis. To widać najbardziej w pierwszej książce. W niej skupiałem się głównie na kontrastach i dziwactwach.

Dlaczego Odkrywcy Mikropolis tak rzadko dzielą się relacjami z tego, co dzieje się w miasteczku, z resztą świata? Innymi słowy, dlaczego Mikropolis nie poszło śladem Jeża Jerzego i zamiast dziesięciu albumów wydane zostały zaledwie dwa? 

A co my możemy jeszcze opisać? Niewiele się dzieje w Mikropolis. Czas się tu zatrzymał.


Niemiecki ekspresjonizm w różnej formie gości w Twoich komiksach. Co kręci cię w tej poetyce? 

Niemiecki ekspresjonizm to bardzo szerokie pojęcie. Jest to estetyka, która była wyjątkowo mało modna jak byłem nastolatkiem. Mnie jednak kręciły czarnobiałe filmy o wampirach i starych zamczyskach. Zbierałem filmy i książki o tej tematyce, a moimi idolami byli Max Schreck i Klaus Kiński w roli Nosferatu. Fakt, że Gawron też uwielbia te klimaty, stanowił dobry punkt wyjścia dla naszej twórczości.

Na „366 kadrach” opowiadasz o osobistych, rodzinnych sprawach. Taki ekshibicjonizm stanowi formę terapii? Wolałeś się otworzyć zamiast machnąć codzienny komiks o zakupach i chodzeniu do pracy? 

Jakoś tak wyszło, że ten komiks jest o mojej rodzinie. Nie jest to stricte komiks biograficzny, bo opieram historię na fragmentach wspomnień o tym, co dziadkowie albo rodzice mi opowiadali. Staram się jakoś te kawałki połączyć w jeden ciąg. Jest to na pewno forma terapii (jak każdy proces twórczy), dzięki której dużo myślę o sobie i o swoich przodkach. Przy okazji rozwijam się też jako rysownik.

Za nami już 1/3 projektu „366 kadrów”. Masz jakieś szersze plany na wydanie albumowe, przedłużenie całości na kolejny rok, czy może po prostu chcesz utrzymać tempo rysowania do zaplanowanego końca?

Muszę przyznać, że robienie tego komiksu bywa chwilami męczące, ale do planowanego końca na pewno dotrwam. Nie skończę jednak w terminie, bo muszę zrobić małą przerwę na wakacje. Jak już komiks będzie gotowy fajnie byłoby go wydać np. jako kalendarz z odrywanymi kartkami. Kontynuacji raczej nie planuję, ale kto wie? Może zrobię coś zupełnie innego? 

Co z „Tabula Rasa” – czy zobaczymy zbiorcze, albumowe wydanie?

Tak, zobaczymy. Teraz jesteśmy zajęci innymi projektami, więc musieliśmy odłożyć projekt "Tabula Rasa" na półkę. Gawron planuje narysować cały komiks od początku, w czerni i bieli. Trochę wytniemy, przemontujemy i wyjdzie z tego całkiem fajny album. Będzie miał dwa rożne zakończenia.


Uważasz sny za bardzo inspirujące, ale co zrobić, jeśli przez dłuższy czas nie przychodzą? Masz jakieś sprawdzone sposoby na kreatywne śnienie?

Ja najczęściej śnię na jawie.

Czym zajmujesz się jako retrofuturysta?

To moja słodka tajemnica.

Dziękujemy Dennisowi - do usłyszenia!

czwartek, 1 lipca 2010

Dennis Wojda - jazda obowiązkowa

Dennis Wojda (rocznik ’73) urodził się w Sztokholmie, ale na studia zawędrował do warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, na wydział grafiki, na którym poznał Krzysztofa Gawronkiewicza. Dzięki zleceniu na komiks dla magazynu „Kelvin i Celsjusz” obaj panowie powołali do życia miasteczko Mikropolis. Od tego zlecenia zaczęła się kariera Wojdy jako scenarzysty. Mikropolis i jego mieszkańcy doczekali się dwóch albumów zbierających paski i dłuższe historie („Mikropolis: Przewodnik turystyczny” i „Mikropolis: Moherowe sny”). Dennis współpracował również z Krzysztofem Ostrowskim („Nadzwyczajni: Pantofel panny Hofmokl”), Tomaszem Leśniakiem, Ernesto Gonzalesem, Przemysławem Truścińskim i Jakubem Rebelką. Publikował m.in. w magazynach „Aktivist Exklusiv”, „Arena Komiks”, „AQQ”, „Brum”, „Dos Dedos”, „Filipinka”, „Fluid”, „Ha!art”, „Plastik"” i w „Ślizgu”. Dwukrotnie zdobył Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi. Pracuje jako ilustrator i designer. Od paru miesięcy, oprócz swojego bloga, realizuje również projekt „366 kadrów”, w ramach którego każdego dnia przez cały rok (+ jeden dzień) rysuje jeden kadr autobiograficznego komiksu. 

Jak zaczęła się Twoja przygoda z komiksem? Co pchnęło cię do pisania scenariuszy komiksowych? I dlaczego akurat komiksowych, a nie filmowych czy teatralnych? 

DENNIS WOJDA: Jako dziecko dużo czytałem, zarówno książek, jak i komiksów. Pewnie marzyłem o tym, by móc samemu wymyślać historie. Świat wyobraźni jest mi bardzo bliski i zawsze pchało mnie do pracy twórczej. Jak Gawron mnie poprosił o scenariusz nie mogłem odmówić. Było to konkretne zamówienie wydawnictwa Pol-Nordica na stworzenie nowej serii w piśmie Kelwin & Celsjusz. I tak powstało miasteczko Mikropolis.

Jeśli chodzi o scenariusze filmowe i teatralne mam kilka pomysłów – zarówno na film animowany, jak i na sztukę. Czas pokaże, co z tego wyniknie.

Które dzieła wywarły na Ciebie największy wpływ, kto jest Twoim pisarskim wzorem? Opowiedz o swoich inspiracjach, również tych pozakomiksowych. 

Jako dziecko uwielbiałem przygody Tintina. Powinienem powiedzieć, że nadal uwielbiam. Ostatnio czytam Tintiny swojemu synkowi i większość albumów nadal trzyma poziom. Jako nastolatek czytałem bardziej ambitne komiksy – głównie europejski underground. Pochłaniałem wszystko, co było dostępne na rynku szwedzkim. W tym samym czasie odkryłem kino studyjne Szwedzkiego Instytutu Filmowego (SFI), gdzie poznałem filmy Murnaua i Langa, francuską nową falę, neorealizm włoski. Oglądałem głównie filmy z lat 50. i 60. Z polskich twórców najbardziej cenię sobie Polańskiego i świętej pamięci Stawińskiego. Chyba jestem strasznie retro, jeśli chodzi o gust.

Trzy najlepsze komiksy, które przychodzą Ci do głowy zawsze, kiedy ktoś budzi Cię w nocy i zadaje takie głupie pytanie? 

Tintin „Kierunek Księżyc”/„Spacer po Księżycu” (koniecznie razem!), „Jimmy Corrigan” Chrisa Ware'a i dylogia „Maus”.

Pamiętasz swój pierwszy scenariusz? O czym był, jak oceniasz go z perspektywy czasu?

Pierwszy prawdziwy scenariusz, jaki napisałem, to pierwszy odcinek serii Mikropolis. Pamiętam, że miałem spore kłopoty z tekstem. Najpierw pisałem po szwedzku, następnie tłumaczyłem na angielski i na koniec moja dziewczyna pomagała z tłumaczeniem na polski. Uf! Z kolejnymi odcinkami było tak samo! A jak oceniam ten pierwszy odcinek? Podoba mi się, mimo, że tam nie ma żadnych postaci. Nie mieliśmy czasu na wymyślenie bohaterów – była tylko koncepcja na miasteczko.

Pierwszy odcinek Mikropolis

Pierwsze scenariusze pisałeś intuicyjnie, czy opierając się o teoretyczną, książkową wiedzę?

Zdecydowanie intuicyjnie! Wiedziałem jak mają wyglądać listy dialogowe (grałem w teatrzyku szkolnym) i dodałem opisy scen. Jednak ważniejsze od techniki jest to, o czym się pisze. 

Masz jakieś własne, specyficzne metody pracy nad scenariuszem? Opowiedz o kolejnych etapach pisania.

1. Etap zgłębiania: Czytam, oglądam, wczuwam się w temat. 2. Etap wymyślania: Przed zaśnięciem układam sobie w głowie historię. 3. Etap drabinki: Zapisuję historię w formie drabinki scenariuszowej (w punktach), co przypomina układanie puzzli. 4. Etap dialogów: Dodaję dialogi do drabinki. 5. Etap testowy: Proszę znajomych o opinię. Dobrze jest odłożyć scenariusz na pewien czas i potem do niego powrócić świeżym okiem.

Masz jakieś ulubione cechy, którymi zwykłeś obdarzać wymyślone postacie, ulubione motywy, do których wracasz w kolejnych scenariuszach?

Mam tendencję do przedstawiania relacji dziecka z dziadkiem lub babcią. Dzieci inaczej patrzą na świat. Staruszkowie pewnie też... Lubię też pisać historie osadzone w Warszawie.

Piszesz scenariusze w postaci luźniejszych opowiadań czy precyzyjnie rozpisanych kadrów? Opracowujesz storyboardy czy tylko sugerujesz rozmiar kadrów?

Ostatnio piszę Mikropolis w formie opowiadań. Właściwie są to tylko dialogi z krótkimi opisami. Gawron tak woli, bo daje mu to większe pole do interpretacji. Jeśli współpracuję z innym rysownikiem daję oczywiście więcej opisów. Takie scenariusze są bardziej precyzyjne. Czasami robię dokumentację fotograficzną.


Częściej planujesz całą historię w głowie, a dopiero potem siadasz do rozpisywania jej na kadry, czy pozwalasz jej żyć, rozwijać się wraz z każdą kolejną stroną bez całościowego planu?

Historia układa się w głowie. Często nie mam pomysłu na zakończenie historii i muszę sprawdzić różne rozwiązania w trakcie pisania. W moim projekcie "366 kadrów" nie mam scenariusza, ale mimo tego staram się układać wszystko w logiczną całość.

Jakie rozwiązania scenopisarskie – w stylu bohatera budzącego się na ostatniej stronie i stwierdzający, że wszystko było snem - wyjątkowo grają Ci na nerwach? 

Sny są bardzo inspirujące! Czasami chciałbym się tak obudzić i odkryć, że to wszystko było snem. W komiksach nudzi mnie rozwiązanie z zapętleniem historii. Trzeba mieć na to dobry pomysł. Nie może to być jedyny powód powstania historii.

Ciężko określić ilość czasu, którą spędza się pracując nad scenariuszem. Pamiętasz jakieś ekstremalne sytuacje, kiedy pisanie tekstu trwało bardzo krótko lub wyjątkowo długo?

Jak robiłem komiks "Tabula Rasa" pisałem jeden odcinek tygodniowo dla Gazety Wyborczej. Tak samo było z paskami w albumie "Przewodnik turystyczny". Często pisałem je w pracy, jak tylko miałem wolną chwilę. Powiedziałbym, że to jest szybkie pisanie – mało czasu na wymyślanie i jeszcze mniej na napisanie. Długo pisałem komiks "Telefon" dla Ostrowskiego. Musiałem sporo książek przeczytać na temat powstania warszawskiego. Ale najdłużej powstaje scenariusz do albumu „Terra Incognita” o miasteczku Mikropolis. Piszę go już kilka lat i od czasu do czasu coś poprawiam albo dodaję. Moje założenie komiksu „366 kadrów” było takie, że będę poświęcał maks 20 minut dziennie na wymyślenie i narysowanie jednego kadru. Odkąd mam dwójkę dzieci jestem strasznie zabiegany i nie mam prawie wolnego czasu. Zdarza się, że rysuję kadr danego dnia o 5 rano albo w czasie przerwy w pracy, jak jem kanapkę.

Mikropolis: Terra Incognita

Czas leci, a scenariusz się nie klei – co robisz? Masz jakieś sposoby na radzenie sobie z pisarską blokadą?

Trzeba zjeść dobrą kolację, wypić wino i... pójść spać. Następnego dnia pójdzie lepiej! Czasami pomagają kąpiele albo jazda na rowerze.

Gotowy scenariusz starasz się traktować jako zamkniętą całość, czy raczej poprawiasz go do samego końca prac nad komiksem?

Jak już oddaję scenariusz w ręce rysownika nie mam powodu by do niego wracać. Czasami mam szansę zobaczyć jak praca rysownika postępuje i wtedy zdarza się, że coś zmieniam w dialogach. Ale samej historii już raczej nie zmieniam.

Który moment komiksowej kariery wspominasz najlepiej?

Jak już wiedzieliśmy, że Siedmioróg wyda „Przewodnik turystyczny” to poczułem ogromną satysfakcję. To było coś niesamowitego! Ze smutnych rzeczy najbardziej pamiętam jak zgubiłem oryginalną planszę Mikropolis. Odebrałem ją w siedzibie Gazety i poszedłem do supermarketu kupić coś do jedzenia. Planszę zostawiłem w wózku na zakupy. Osoba, która ją znalazła, zostanie kiedyś milionerem.

Jakie masz plany na przyszłość? 

W najbliższym czasie wakacje nad morzem. Przeczytam zaległości książkowe. Mam też na głowie projekty, o których wcześniej wspominałem. Postaram się też dotrwać do końca projektu „366”.

Pytania do Dennisa, anyone?